Lead: Doświadczenia w realizacji nauczania w systemie pozaszkolnym przez rodziców w kontekście obowiązującego prawa oświatowego. Czy zdrowe dziecko może nie uczęszczać na zajęcia lekcyjne? Czy nauczyciele w toku nauczania są zbędni? Czy rodzice mogą zastąpić szkołę? Wydaje się, że na każde z tych pytań jest tylko jedna odpowiedź - NIE, ale dla niektórych rodziców jest to TAK. W naszym kraju kilkoro dzieci mimo, że nie uczęszcza na zajęcia lekcyjne, kończy kolejne klasy szkoły podstawowej, gimnazjum. Jak to możliwe? Zezwalają na to przepisy polskiego prawa oświatowego, a konkretne Art.16, pkt 8 Ustawy o systemie oświaty (Ustawa z 7 września 1991 r.). Przepis ten dotyczy możliwości spełniania obowiązku szkolnego w systemie nauki poza szkołą. Dziecko realizuje program nauczania w domu. Uczą je rodzice, bądź zaprzyjaźnieni lub opłacani przez rodziców nauczyciele. Zgodę na tego typu nauczanie wydaje dyrektor placówki na wniosek rodziców. Nie zwróciłabym na ten przepis uwagi (jak większość osób) gdyby nie przypadek z którym zetknęłam się z racji sprawowanej przeze mnie funkcji - Pedagoga Szkolnego. Dziecko, które w naszej placówce "realizuje" obowiązek szkolny to zdrowa dziewczynka dla której rodzice wybrali taką drogę edukacji. Od ośmiu lat obserwuję, bo formalnie nikt nie pytał mnie o opinię w tej konkretnej sprawie, poczynania dziecka i jej rodziców. Obecnie dziewczynka jest w drugiej klasie naszego gimnazjum. Co roku w "systemie akademickim" dziecko przystępuje do egzaminów. W sesji zimowej i letniej zdaje egzaminy z obowiązujących w danym roku przedmiotów nauczania. W trakcie egzaminów za każdym razem obserwatorem jest mama. Niewątpliwie w tym przypadku mamy do czynienia z "modnym" ostatnio bezstresowym nauczaniem. Dochodząc do II klasy gimnazjum można nie uczestniczyć w zajęciach lekcyjnych, nie brać aktywnego udziału w życiu szkoły, nie uczestniczyć w wycieczkach szkolnych itd. A wszystko to z woli rodziców którzy wybrali taką właśnie drogę edukacji dla swojego dziecka. Jak wiele dzieci w mijających latach było pozbawionych możliwości uczęszczania do szkoły razem z rówieśnikami wiedzą tylko rodzice dzieci chorych i niepełnosprawnych dla których nie było miejsca w "normalnej" szkole. Dzisiaj dla nich tworzy się klasy integracyjne, organizując transport, umożliwiając naukę i bliski kontakt z innymi dziećmi. Jest to niewątpliwie zasługa wzrostu świadomości społecznej oraz przełamywania kolejnych barier. Co można powiedzieć w przypadku gdy rodzice zdrowego dziecka wybierają (niestety prawnie możliwą) inną drogę edukacji? Opisywany przypadek dziecka to już młoda dziewczyna która zdaje egzaminy z wynikami bardzo dobrymi ponieważ zawsze jest dobrze przygotowana. Jednak startując w konkursach przedmiotowych nie odniosła sukcesów. Jak ma się codzienna praca ucznia regularnie uczęszczającego do szkoły, a osoby "zaliczającej" kolejne egzaminy? - nie mnie to oceniać. Podobnie jak nie chciałabym oceniać intencji rodziców. Jako pedagog z wieloletnim doświadczeniem uważam, że ze względu na aspekt wychowawczy i społeczny takie rozwiązanie edukacyjne ma wiele wad. Niemożliwe staje się wychowanie dziecka w poczuciu koleżeństwa i przyjaźni. Trudne staje się "wpojenie" szacunku dla starszej osoby, nauczyciela, mentora itd. Dziecko przychodząc do szkoły unika rówieśników, ucieka przed gwarem szkolnym. Pozostawione same - czuje się niepewnie, bezradne w konkretnej sytuacji. "Klosz" rozciągnięty nad nim nie dopuszcza możliwości zdobycia kolejnych doświadczeń z których może czerpać naukę na przyszłość. Nie wie o tym, że życie (dziecka) to nie tylko kolorowy, dobry, sprawiedliwy świat, że na tym (dziecka) świecie można spotkać się z przemocą, agresją, nieuprzejmymi ludźmi, zazdrosnymi koleżankami, robiącymi "kawały" kolegami. Konsekwencje takiego wychowania mogą prowadzić do braku przystosowania społecznego i zaburzeń funkcjonowania w dorosłym życiu. Szkoła jest elementem - chodź nie najważniejszym - to na pewno ważnym, który przygotowuje do pełnienia ról społecznych, do dorosłego życia. Izolując dziecko pozbawia się je bodźców (pozytywnych i negatywnych) stymulujących prawidłowy rozwój osobowy. Dzięki licznym kontaktom rówieśniczym, współpracy w grupie mamy możliwość nauczenia się wielu reakcji interpersonalnych tak niezbędnych w dojrzałym życiu. Kuriozalny wydaje się przepis pozwalający podejmować decyzję dyrektorowi szkoły (na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjum i średniej) o nauczaniu pozaszkolnym na wniosek rodziców, bez zasięgania opinii fachowców: pedagogów, psychologów. W omawianym przypadku nie potrzebne było jakiekolwiek badanie w Poradni Pedagiczno-Psychologicznej - wystarczyła mocna chęć rodziców, dobra wola dyrekcji i aktualnie obowiązujące przepisy. Jak się ma stosowanie tego przepisu do innych przypadków - przyznawania nauczania indywidualnego i zindywidualizowanego, obniżenia wymagań - gdzie każdorazowo niezbędna jest opinia Poradni specjalistycznej? Nie wiem jakie intencje przyświecały twórcom tego przepisu. Czy kierowano się dobrem dziecka wybitnie zdolnego tak aby jego rozwój nie uległ zaburzeniu w kontaktach normalnymi dziećmi? Nie można ukrywać, że problem nie istnieje. On jest i na razie pozostaje otwarty, bo problemem może być każde dziecko "wyedukowane" w takim systemie nauczania. Uważam, że obowiązujący przepis należy zmienić. Nauczanie w systemie pozaszkolnym pozostawić jako jedną z możliwości realizowania obowiązku szkolnego pod warunkiem orzeczenia tego typu kształcenia przez instytucje do tego powołane (np. Poradnie Pedagogiczno-Psychologiczne). Nie wiem ile takich dzieci jest w Polsce - ja na pewno będę dalej śledziła losy "mojej" dziewczynki. |